ALPINIZM PO POLSKU, CZYLI RELACJA Z VII KFG
Siódmą edycję Krakowskiego Festiwalu Górskiego odwiedziło około 7000 osób. I naprawdę dało się odczuć tę liczbę. Zatłoczone korytarze, pełna sala projekcyjna, zadziwiająca liczba słuchaczy wykładów, rozentuzjazmowana widownia sportowych zmagań- w Krakowie, jak widać, nie brak miłośników gór i wspinaczki. Zresztą nie tylko w Krakowie, gdyż pod koniec festiwalu na ścianach Uniwersytetu Ekonomicznego można było ujrzeć ogłoszenia osób poszukujących transportu do innych miast. Ba, do stolicy nawet.
Jako całość można więc uznać wydarzenie za naprawdę udane, choć strona filmowa, a szczególnie konkurs dumnie firmowany przyznawaną nagrodą główną – Grand Prix festiwalu, pozostawia pewien niedosyt. Na początek jednak – dobre punkty. Stanowiły je pozakonkursowe pokazy filmowe, w tym dwugodzinnego filmu”Nordwand”, dokumentów z bloku „W skale i lodzie”, czy projekcje wybranych filmów z Banff Mountain Film Festival.
Pierwszy z nich, pełnometrażowy dramat oparty na prawdziwej historii wyreżyserował Philipp Stölzl. Obraz łączy wątki wspinaczki i melodramatu, a przy okazji zahacza o kontekst ideologiczny hitlerowskich Niemiec tuż przed wojną. Wspaniałe zdjęcia wprowadzają w klimat niebezpiecznego „ostatniego przyczółka Alp”. To dwie godziny solidnie zrealizowanego kina, jednak nie wyzbytego stereotypowych postaci, jak chociażby dziennikaraz-krwiopijcy i jego naiwnej młodej praktykantki.
Inne pokazy specjalne były okazją do zobaczenia wybranych produkcji, które bądź w jakiś sposób już zaistniały – jak filmy z festiwalu Banff, bądź wiążą się ze szczególną okazją, jak 100-lecie TOPR – to przypadek dokumentu Anny Marii Filipowej „Na każde wezwanie Naczelnika”. Film ów został zrealizowany w profesjonalny sposób, wykorzystując tradycyjne techniki i elementy, jak wypowiedzi obecnych i byłych toprowców, ale również sięgając do zdjęć archiwalnych, amatorskich nagrań turystów i inscenizacji z użyciem wiekowych dokumentów. To urozmaica produkcję, przez co ogląda się ją z przyjemnością, jak dobrze zrealizowany, może niespecjalnie oryginalny, ale jednak dokument z prawdziwego zdarzenia. Wszystkie pokazy pozakonkursowe opierały się na dwóch ważnych filarach – zawężonym temacie i selekcji. „W skale i lodzie” to nie 10 filmów, ale 3. Wybór filmów z festiwalu Bannf to 9 tytułów, wytypowanych z całej imprezy. I to sprawdza się dużo lepiej niż dość obszerny konkurs filmów walczących o Grand Prix krakowskiego festiwalu.
Owemu przeglądowi tytułów konkursowych brakowało właśnie tego jednego magicznego elementu – selekcji. Być może po prostu nie było specjalnie z czego wybierać, co zresztą jest zrozumiałe – jak wielkie może być zaplecze polskich filmów o górach, będących w zasięgu organizatorów? Efektem tego był bardzo nierówny poziom konkursu. Gdyby być złośliwym, można było z miejsca stworzyć kilka kategorii prezentowanych obrazów, w stylu: klipy à la Extreme Tv (nieraz zresztą sponsorowane przez ową stację), filmiki łudząco podobne do zajawek programów turystyczno-rozrywkowych obecnych w polskiej telewizji (np. „Duszak Team Ekspedycja Team”) oraz koncepty oparte na pokazie statycznych obrazów z muzyką w tle. W ostatniej kategorii niepodzielnie królował Marek Dudek i jego „Poezja Gór”, czyli 20 minut „poetyckich” ujęć gór, podzielonych na cztery części, którym towarzyszyły utwory znane z takich filmów, jak „Gladiator”, „Braveheart”, czy „Mullholand Drive”. Z pewnością wyjątkowe to przeżycie, jednak chyba bardziej odpowiednim na nie miejscem jest mimo wszystko przestrzeń YouTube’a. Niestety więcej tytułów zdecydowanie bardziej nadaje się do umieszczenia na tym portalu, niż do pokazu konkursowego festiwalu – wyczyny freeride’owe kręcone kamerą cyfrową z podłożoną, zawsze podobną, muzyką mogą być interesujące dla miłośników sportu i nikt nie ma nic przeciwko temu, jednak po co od razu pretendować do nagród filmowych?
Nie należy jednak być tak złośliwym, wypada raczej docenić pasję twórców. Jury, w składzie Jerzy Surdel, Marcin Koszałka, Piotr Drożdż, Andrzej Mirek, Wojciech Słowakiewicz, Krzysztof Treter i Piotr Turkot, było zdecydowanie bardziej przyjazne. Grand Prix przyznano filmowi „The White House” Łukasza Gabryelskiego, uzasadniając swój wybór ”oszczędnością narracji, efektownym montażem, sugestywną muzyką oraz konsekwencją tematu.” „Rynna śmierci” w reżyserii Mateusza Soleckiego i Marcina Banasiaka otrzymała wyróżnienie za zdjęcia, natomiast coroczna Nagroda Publiczności została przyznana Jackowi Matuszce oraz Mariuszowi Majerowi za „Sprawę Humoru 9a”, opowiadającą o najlepszych polskich wspinaczach skałkowych. Te filmy budzą nadzieję, że festiwal będzie się rozwijał, a wraz z nim i filmy prezentowane w konkursie.
Poza stroną filmową, miłośnicy gór mogli uczestniczyć w licznych wykładach, warsztatach oraz targach odbywających się w holu Uniwersytetu. Dla wspinaczkowych ignorantów była to wystawa prawdziwych dziwów – sprzętu, specjalistycznych ubrań i kosmetyków. Podczas festiwalu została wręczona JEDYNKA – nagroda środowisk Alpinistycznych, przyznawana przez Polski Związek Alpinizmu. W tym roku uhonorowany nią został zespół w składzie Marcin Michałek, Wojciech Kozub i Krzysztof Starek za wytyczenie nowej drogi na północnej ścianie szczytu Ombigaichen (Himalaje Nepalu). Nowością imprezy był Finał Pucharu Polski w Boulderingu, czyli wspinaczce sportowej na niskich formach, bez asekuracji – konkurencja przyciągnęła niebywałą liczbę kibiców. Najlepszy wynik w grupie kobiet osiągnęła Kinga Ociepka zawodniczka KS Korona z Krakowa, a w grupie mężczyzn – Tomasz Oleksy z MKS Tarnovia. Klasyfikację generalną wygrała Monika Prokopiuk z Klubu Skarpa Lublin, a liderem w grupie mężczyzn został Piotr Bunsch z MKS Tarnovia.
Uczestnictwo w imprezie o tak wyraźnym profilu to niecodzienne doświadczenie. Może ono też budzić chęć ponownego ujrzenia filmu „Czekając na Joe” – wciąż jednak pozostającym najlepszym filmem o górach, jak słusznie stwierdził Marcin Koszałka.

